• Do następnej wyprawy…

    Home » Norwegia » Dzień 10, 11, 12 i 13 – Droga na Lofoty

    Dzień 10, 11, 12 i 13 – Droga na Lofoty

    15, 16, 17, 18.07.2013

    Jakby nie patrzeć. połowa podróży za nami, cel ‚wycieczki’ zdobyty – tak nam zaświtało w głowach, a potem popukaliśmy się w czoło, bo przecież zostało nam jeszcze 2 tygodnie podróży. Po długiej jeździe do Nordkapp Rafał oddał kierownicę Olkowi, a sam zażywał fizjoterapeutycznych masaży u Zuzi. Krzyczał, że nie chce, ale pomogło! Także zaopatrzcie się w tak cenne umiejętności.

    Jechaliśmy całą noc. Ada i Olek podsypiali z tyłu, a z przodu zrobiliśmy dodatkowe miejsce, pomiędzy siedzeniami, ze śpiworów i koców i podziwialiśmy super widoki! Było słonecznie przez całą noc. Zatrzymaliśmy się na dłużej w zasadzie tylko raz, bo zaczęło ciec z busa, z chłodnicy dokładnie. Trochę odpoczął i dalej. Potem zaczęła się nasza ‚batalia’ z kempingami. Nadszedł ten czas, w którym MUSIELIŚMY zrobić pranie i wziąć prysznic! Koło 11 dojechaliśmy na najpiękniej położony kemping, ale niestety nikogo nie było, więc nie mogliśmy kupić coinów na pranie. Dalej były już tylko odmowy, bo za dużo ludzi, bo kolejka, bo klienci mają pierwszeństwo, bo pralka zabierze ciepłą wodę… No nic. W końcu udało nam się znaleźć miejsce (Lokvollstranda Camping) z genialnym właścicielem, z którym dało się negocjować, udostępnił nam kuchnię, prysznice i trampolinę, ale niestety pralki nie miał. Potem, jak pamiętacie, wyposażył nas też w tajemniczą wiedzę, jak nie dać się zadziobać mewom (dla tych, którzy nie wiedzą – przyczepić sobie chwast do głowy, najlepiej jak największy :p) Ruszyliśmy dalej w stronę Lofotów i poszukiwania pralki…

    Dojechaliśmy do Narviku, w którym ja, Rafał, Ada i Olek odwiedziliśmy Muzeum Wojny. Zdaje mi się, że możemy je polecić Chyba, że ktoś wybitnie nie lubi muzeów. Przenocowaliśmy nad wielką wodą i wszyscy mięsożercy spróbowali kabanosa z renifera… Tak, jednego, bo kosztował fortunę. Podobno gorzki, ale nie próbowałam. W każdym razie ceremonia otwarcia kabanosa była całkiem duża.

    Z samego rana, bo koło 8 (17.07) ruszyliśmy dalej i dalej również nie mogliśmy znaleźć kempingu, który użyczyłby nam pralki. Aż w końcu, przed samym wjazdem do Reine był kemping Skagen. Piękna przestrzeń, ładne żółte domki… A, że zaczęło lać, to było jak znalazł. Niestety przy opłatach zaczęły się schody, bo córka właściciela mówiła inną cenę, a za chwilę właściciel inną (większą oczywiście). Stanęło na tym, że za 3 min prysznicu 10 NOK od osoby, za jedno pranie 50 NOK, za suszenie prania 50 NOK, za postój 100 NOK (liczony jako wykupienie miejsca na 24 h i nie było zmiłuj, że nie nocujemy). Finalnie musieliśmy kupić 2 prania, 2 suszenia (które niestety nie były skuteczne) i po jednym prysznicu = 340 NOK. Nie to było w tym wszystkim najgorsze. Właściciel był tragicznie niemiły, w ogóle nie współpracował, poganiał, stał nad głową jak zbieraliśmy pranie, odliczał nam czas do odjazdu, a na koniec zamknął nam szlaban, bo nie wyrobiliśmy się w minutę z zebraniem rzeczy.. .Masakra! Nie polecamy! I oczywiście to był pierwszy raz kiedy zaczęło lać! Więc podróżowaliśmy kawałek drogi z całym samochodem w mokrym, porozwieszanym praniu, na noc rozłożyliśmy namiot, który robił za suszarnię, a w busie była sauna i nie było nam do śmiechu.

    Rano (18.07) pogoda niewiele się zmieniła, ale widok miasteczka zapierał dech w piersiach! Staliśmy busem na skarpie, a po drugiej stronie brzegu były piękne Lofoty we mgle i malutkie Reine. Zwiedziliśmy je płynąc promem, który tam był jak nasze autobusy. Bileterem był Polak, ale nieskory do zniżek. Na promie było strasznie zimno (wiadomo), mokro i wietrznie, ale widoki Te wszystkie malutkie miejscowości nad brzegami, wielkie Lofoty w tle…Chcieliśmy wejść na szczyt, z którego rozpościera się najpiękniejszy widok na całe Lofoty, ale było tak mokro, że ścieżka była strumyczkiem z błota, więc się poddaliśmy. Chociaż w zasadzie nie mogliśmy uwierzyć, że to jest jedyne wejście! Niestety było, Panie po 50 ostrzegły nas, że nasze ‚legs will be broken if we are try.

    Koło 14 ruszyliśmy do najpiękniejszego widokowo miasteczka. A i Lofoten. Rzeczywiście, było piękne, klimatyczne i urocze. Zaświeciło nam nawet słońce. Najbardziej spodobały nam się przycumowane do brzegów w małym kanaliku łódeczki (jak się później okazało, poprzypinane w pięknej kombinacji pod turystów :)), Olek, Ada i Zuzia weszli na wzniesienie nad miastem podziwiać widok, a ja i Rafał poszliśmy przez suszarnię ryb (bez ryb ale za to ubabraliśmy się w błocie jak siemasz) będąc pewnymi, że na jej końcu jest cudowny widok… niestety, była ulica ze sklepem z pamiątkami i polską ekspedientką. Po tych mini wycieczkach ruszyliśmy na prom do Bodo…

    P.S. Nie omijajcie Lofotów pod żadnym względem, zakochacie się w Renie, jej hot-dogach ze stacji, kafejkach z czekoladą i łódeczkach z A i Lofoten. Jedyne co omińcie, to Skagen no, chyba że chcecie nas sprawdzić.

    Na zdjęciu widok z okna (Reine), dzień 18

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *