• Do następnej wyprawy…

    Home » Bodo » Dzień 14 – Bodo, Trondheim, Droga Atlantycka

    Dzień 14 – Bodo, Trondheim, Droga Atlantycka

    19, 20, 21.07.2013

    Bodo to była szybka akcja. We 4 (ja,Rafał, Ada i Olek) poszliśmy do Muzeum Lotnictwa (110 NOK za osobę). Ogrooooooooomne było to muzeum! Miało eksponaty oryginalnej wielkości. Można było pokierować F16, ale swoje to kosztowało. Mnie i Rafała nie skusiło, bo była to tylko kabina taka jak w salonach gier, a nie cały samolot Ale pozostali mówili, że było fajnie, więc może warto spróbować. Najbardziej naszej dwójce spodobała się strefa dla dzieci (było mnóstwo stanowisk do przeprowadzania eksperymentów z powietrzem), wieża lotów (super widok) i film o procesie powstawania samolotu!

    Zjedliśmy chińszczyznę i dalej w drogę do Trondheim, ale.. .przez Arctic Circle! No tam to było zimno! A namiastkę mrozu mieliśmy już po drodze – Rafał wyhaczył nad strumieniem mostek linowy, więc się zatrzymaliśmy żeby po nim pobiegać. Nie powiem, miły to był przystanek. Super las dookoła, cisza i strumień…Wszyscy byliśmy raczej w trampkach, więc nam pozamarzały stópki i ciężko było uwierzyć, że jest AŻ tak zimno! Ale pół godziny później było jeszcze zimniej… Arctic Circle – wygląda jak księżyc, wielka przestrzeń, szaro – polarna masa, niesamowite wrażenie. Ale żeby nie było, Centrum Handlowe musi być niestety nieczynne od 19.

    Na wzniesieniu były miliony kopczyków z kamieni i serio, nie było żadnego wolnego żeby zbudować swój ale z tego, co pamiętam podkradliśmy z Rafałem z gigantycznego kopca ze 4 kamyczki potem w drogę, kolejne kilometry w stronę Trondheim i niestety deszcz, deszcz, deszcz… Przenocowaliśmy na parkingu koło jakiegoś domu wypoczynkowego (?) Rano zeszliśmy nad wodę (nadal padało) i Rafał wybitnie tępym nożem zfiletował dorsza i makrelę, które dostaliśmy dzień wcześniej od Polaka rybaka PRZE – PYSZ – NE! Ale co się Rafał nagadał…

    Koło 11 ruszyliśmy dalej i ok. 19 byliśmy już po pierwszym, wkurzającym spacerze po Trondheim. Padało, było zimno, nieprzyjemnie, nigdzie nie można było znaleźć prysznica, noclegu. Dostaliśmy namiar na ‚dom studenta’ ale okazało się, że go nie ma, później mieliśmy zostać na parkingu w środku miasta, ale nie było kibelka i tak wylądowaliśmy pod miastem, w ładnym miejscu, nad wodą.

    Rano, przy śniadaniu Zuzia wylała na siebie wrzątek, więc była akcja ratownicza i Rafał się wykazał, ale zanim, to Zuzia wskoczyła do wody, żeby się schłodzić. Poparzyła sobie dłoń i oba uda, więc przez kolejnych kilka dni słabo jej się chodziło, a busa opanował zapach Pantenolu (P.S. Na szczęście żadnych blizn nie ma.) Trondheim okazało się całkiem miłym i malowniczym miastem z jedynym na świecie wyciągiem rowerowym, który niestety nie działał, a góra do pokonania bez niego była hardcorowa! Udało nam się wejść do katedry, do której bilety oddało nam starsze małżeństwo. Rafał chciał koniecznie dotknąć fotela królewskiego i uruchomił alarm w całej okolicy, a ochrona nie odstępowała go na krok. Ja i Ada poszłyśmy na wystawę RED LIPS do Museum of Arts, a Zuzia niestety leczyła się w busie. Na koniec dnia spotkaliśmy się z Break The Limits, którzy jechali od zupełnie innej strony niż my, więc wymieniliśmy się tym, co nas i ich czeka ‚tuż za rogiem’ i ruszyliśmy dalej na prom do Drogi Atlantyckiej. Była długa i burzliwa dyskusja czy stać nas na to żeby jechać i zakończyła się jako takim porozumieniem, więc pojechaliśmy.

    Na bramce zapłaciliśmy 220 NOK za 5 osób i busa. Raczej niemało. Niestety na miejscu okazało się, że wszystko to najlepiej wygląda z lotu ptaka Na lądzie aż tak nie zapiera tchu. Ma niecałe 9 km i znajduje się pomiędzy wysepkami. Chyba nie zawiera się to w naszym ‚mustsee’ jeśli zwiedza się poza tym spory kawał Norwegii. Na szczęście przed nami była Droga Trolli Do usłyszenia!

    Na zdjęciu księżycowy Arctic Circle.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *