• Do następnej wyprawy…

    Home » Bergen » Dzień 16 i 17 – O tym jak w Bergen miało padać.

    Dzień 16 i 17 – O tym jak w Bergen miało padać.

    10152548_438854126251210_603558310_n

    23, 24.07.2013

    Obudziliśmy się w Bergen przed…Muzeum Historii. W nocy nie było widać. I ‚znowu’ był tropikalny upał! (Ja nie wiem, czy oni tak specjalnie kłamią, że ta Skandynawia taka zimna, taka mokra żeby nie przyjeżdżać czy mieliśmy pogodowego farta :p) Zuzia cierpiała, bo jej poparzone nogi źle znosiły takie słońce…Szliśmy jak z klapkami na oczach nic, żadnego oglądania po drodze, Targ Rybny i koniec! A tam – oczopląs milion stoisk, kolorowe owoce (które zresztą były najlepsze na świecie!), ryby, kraby, langusty (wszystko żywe, żeby wybrać, którą chce się zjeść…nie do końca to do mnie przemawiało, ale jak prawdziwa hipokrytka, rybkę to zjadłam :p), czarne mięso wieloryba, renifera, warzywa, pieczywo, pasty, konfitury z żółtych malin (cały czas z Rafałem się zastanawialiśmy gdzie je kupić żeby cena nas nie zmiotła…i tak nas zmiotła – 100NOK za słoiczek, ale na usprawiedliwienie dodam, że warto!!), placki rybne (??)…i obsługa – na każdym ze stoisk ekspedient każdej narodowości, żeby z każdym klientem złapać płynny kontakt! Świetny pomysł. Jedno z nielicznych miejsc, w których nie mówili do nas ‚Russia’ Pod spodem wrzucę galerię naszego menu, żeby Wam narobić, kolejny raz apetytu na Skandynawię! Jak już się najedliśmy, to standardowo, poszliśmy do Maca łapać net, kiepski był, w ogóle w Norwegii kiepsko było z wifi, Finlandia wiodła prym. Potem przyszła kolej na zwiedzanie Bergen, żadna fontanna nam nie umknęła, tak było gorąco. Miasteczko piękne, wiadomo. Mnóstwo miejsca na wylegiwanie się na trawie, nieprzytłaczająca architektura, wszędzie kwiatki, malutkie uliczki, ale za to strome, baliśmy się, że bus nam zjedzie, więc zaparkowaliśmy pierwsi w łańcuszku żeby nikogo nie walnąć …i ‚niestety’ trafiliśmy na kolejny targ jedzeniowy tym razem z żarciem z całego świata! I zakochaliśmy się w angielskich Curdach! Każdy smak z dodatkiem imbiru był nieziemski, także sorry łososiu z Norwegii . A Curdy można kupić u nas, więc polecaMY! Już powoli zaczynaliśmy się turlać z tego przejedzenia, ale byliśmy dzielni! Po drodze do busa Rafał znalazł salon z fortepianami i weszliśmy żeby zrobić mały koncert było taaaaaak miło, że nie chciało się wychodzić…Już w drodze busem, doszliśmy do wniosku, że nam trochę czasu zostało i zaczęliśmy szukać plaży żeby się pobyczyć ze dwa dni. Nie było to proste, bo albo była płatna, albo prywatna, albo za torami i nie mogliśmy znaleźć dojazdu Ale w końcu udało się! I nawet był kajak!! Zamieniłam się w rozkapryszone dziecko i zaczęłam szukać właściciela. Zaczepiłam każdego na plaży, popisując się angielszczyzną, po czym okazało się, że większość to Polacy Znalazł się też właściciel, który nieufnym okiem na mnie popatrzył, ale pożyczył, tylko nie na dłużej niż godzinę i tak żeby nas widział Woda była lodowata i głęęęęęboka, a kajak rybacki (?), więc prawie nie miał brzegów…no i oczywiście nasze ukochane, krwiożercze mewy! Pływaliśmy dookoła małej wysepki, na której miały młode no i masakra! Skrzeczały, latały, dziobały…beznadziejne są Ada z Olkiem nie pływali na kajaku, a Zuzi poparzonym nogom dobrze to zrobiło potem oczywiście grill, Aperol , gry i leżenie pod gołym niebem…Wieczorem był taki odpływ, że plaża powiększyła się dwukrotnie, a rano nie poznaliśmy miejsca. Tubylcy jak szaleni wskakiwali do wody, a my tylko stópki – tragicznie zimna woda, ale to było to miejsce, w którym postanowiliśmy dotrzymać zakładu i się wykąpać…Wskoczyliśmy we trójkę (ja, Rafał i Olek) do wody jak poparzeni i jeszcze szybciej wyskoczyliśmy! Pobyczyliśmy się i czas na Oslo… Do usłyszenia!

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *