• Do następnej wyprawy…

    Home » Albania » Dzień 20 – pierwszy kamping w życiu Sypialnego

    Dzień 20 – pierwszy kamping w życiu Sypialnego

    27.08.2014

    Dzisiaj porządek dnia został odwrócony – Justyna wstała pierwsza i to już o 7:30! Po jakimś czasie dołączył do niej Marcin i czekali na nas, bo zamierzaliśmy spać do 9 :). Nie wytrzymali bez śniadania i zjedli nasz standardzik – WASA, nutella, dżem, pasztet. Ja, Rafał i Kasia po 9 poszliśmy do knajpy na śniadanie i tym razem Kasi nie do końca udało się trafić w to, co chciałaby zjeść, ale zrobiliśmy podziałkę i każdy był zadowolony :). Niecierpliwiliśmy się już strasznie na kajaki!! Każdy już wyliczył po 3 euro na tę przyjemność, poszliśmy płacić, a Pan mówi, że na kempingu jest JEDEN kajak! Szkoda, że na ulotce była liczba mnoga :p. Nie marnując czasu pobiegliśmy po materac, kółko i leżaki żeby skorzystać w końcu. Tego jeziora! Wchodzimy do wody, a tam muł po pachy i nasze ulubione wężyki! Ja i Rafał od razu zabraliśmy się na leżak i hamak, Kasia i Marcin dryfowali na materacu i kółku, a Justyna siedziała na brzegu :). Tyle z delektowania się jeziorem :p. Po godzinie wzięliśmy kolejny prysznic 😀 i powolutku zaczęliśmy się żegnać z kempingiem :(. Na dziś plan zakładał, że do jedziemy do fjordów albańskich w Komanie i przekroczymy granicę z Kosowem. Od pierwszego punktu dzieliło nas 100 km. Niby niedużo, ale tutaj zajmuje to 3 – 4 godziny jazdy. Jechaliśmy bardzo ładną drogą w górach, ale co dziwne trochę w dół :p. Mijaliśmy piękne zbocza z rzeką pomiędzy i czekaliśmy na kulminację. I się nie doczekaliśmy. Zastał nas koniec drogi i koparki pogłębiające koryto rzeki. I oczywiście kemping, ale taki folklor z kurami dookoła i motocyklistami w slipach, których motory były na polskich blachach… Zawróciliśmy, domyślając się, że to co mijamy, to właśnie fjordy albańskie :). Po drodze zatrzymaliśmy się przy pasterzu z kozami i indykami żeby spróbować zrobić lokalne zdjęcie CiderInn :). Ciekawe doświadczenie, chociaż indyków nie lubię :p. Potem ruszyliśmy dalej próbując znaleźć miejsce gdzie możemy zejść do wody. Teoretycznie nam się udało. Teoretycznie, bo zjechaliśmy na kamieniach, a nie zeszliśmy… Na górze został Rafał z Kasią, którzy trochę próbowali nam dopiec, że to nie był dobry pomysł :(. Ale jak już byliśmy na dole, to Rafał wpadł na pomysł rzucenia frisbee do nas. Chyba nie muszę pisać, że wpadło w krzaki :)? Ale Marcin je uratował! Przy wchodzeniu Rafał pomagał nam na ostatnich stromych metrach. Ja i Justyna postanowiłyśmy wchodzić bez butów (lepsza przyczepność). Ja, prawie na samej górze, postanowiłam wrzucić je na ulicę żeby było mi jeszcze łatwiej iść :). Chyba nie muszę pisać, że jeden but poleciał do tyłu…? Jak już udało nam się usiąść w busie, ruszyliśmy w stronę Kosowa. Każde źródło pokazywało inną ilość kilometrów :p. Droga ciągnęła się i ciągnęła… Finalnie granicę przekroczyliśmy koło 24:00. Dostaliśmy ochrzan od strażnika, że nie można spać tylko trzeba się pokazywać?! Musieliśmy jeszcze kupić ubezpieczenie, ponieważ ze względu na konflikty zielona karta nie obowiązuje na terenie Kosowa. Zapłaciliśmy 20 euro chociaż przewodnik podawał 30 :). Po ok 1h dojechaliśmy do centrum Prisztiny. Niewiele szukając (a właściwie Rafał szukał, bo tył spał i ja wyjątkowo zasnęłam mocno) stanęliśmy na parkingu koło dużego sklepu :). Było strasznie zimno. Chyba pierwszy raz na tej Wyprawie! Trzęsąc się, przepakowaliśmy busa i hop w śpiwory :D.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *