• Do następnej wyprawy…

    Home » Boska Wyprawa » Dzień 24 – Miasto Diabła

    Dzień 24 – Miasto Diabła

    31.08.2014

    Tak jak się spodziewaliśmy biły dzwony kościelne. Od 8:00. Ale pierwsza wstała Justyna – niezbyt dobrze się czuła i siedziała na świeżym powietrzu. Zrobiłyśmy kurację kroplami żołądkowymi i troszkę jej odpuściło. Wracaliśmy na raty, przeplatając się z ciężarówkami z piachem i dzwonami :p. I a propos kościoła, to dzisiejszym punktem do zaliczenia w Serbii jest Miasto Diabła :p. Do tego miejsca mieliśmy koło 40 km. Lubimy takie krótkie dojazdy :). Oczywiście droga nie była tak oczywista jak się może wydawać. W nawigacji i na mapie nie było miejscowości docelowej. Kierowaliśmy się na coś większego, a później polnymi znakami na drzewach do źródła :). Z przewodnika wynikało, że wejście jest darmowe. Lubimy takie informacje! Na miejscu zastały nas stragany ze standardowymi pamiątkami, bardzo domowej roboty i nalewko – wina: jeżynowe, malinowe, poziomkowe i jagodowe. Pani od razu chciała nas raczyć próbkami i wtedy zaświtało nam, że nie mamy gotówki! Idąc za ciosem Justyna, Marcin i Kasia poszli sprawdzić cenę biletu (przewodnik się mylił!). Nie taka tania rzecz – 350 dinarów (ok 12 zł). Zrobił się problem, bo bez wina można się obejść, ale bilet trzeba kupić :p. Pani ze straganu mocno się zaangażowała żeby nam wytłumaczyć gdzie jest bankomat. Był blisko – zaledwie 27 km stąd :). Na miejscu wykorzystaliśmy sytuację i zjedliśmy jako takie śniadanie. Tylko Marcin wypił colę, bo źle się czuł. Wróciliśmy i obiecaliśmy Pani ze straganu, że wrócimy po oglądaniu. Przy kasie dostaliśmy mapkę, z której wynikało 800 m spaceru 🙂 i 10 punktów, w tym parking i wejście :). Są dwie legendy tego miejsca. Pierwsza głosi, że miał odbyć się kazirodczy ślub i wszystkie takie pary zostały zamienione w drewniane rzeźby, które stoją na trasie spaceru. Druga mówi, że dzieci zawarły zakład z diabłem i go wygrały za co zostały zamienione w rzeźby. My jesteśmy bardziej skłonni uwierzyć w tę pierwszą. A Wy :)? Idąc dalej mijaliśmy wejście do jaskinki – ja zajrzałam, ale była niska i ciemna, więc nie weszłam :). Zresztą już powoli zaczynały przecinać nam drogę malutkie strużki z czerwoną wodą diabła :p, która miała kwaśne pH. Chwilę po jaskini udało nam się zbłądzić :). Ale szybko wyszliśmy na prostą i zobaczyliśmy schody do platform widokowych. Wysoko! Justyna z rozpaczy położyła się na ławce w cieniu, Kasia i Marcin weszli na niższą platformę, a my zaczęliśmy (i skończyliśmy :p) od najwyższej. Udało nam się wdrapać na szczyt i z dołu zobaczyliśmy, że dołącza do nas reszta ekipy :). Widok z góry był ciekawy. Wręcz przewodnikowy :). Słońce paliło i trzeba było posiedzieć chwilę żeby posłuchać jęków… Czyich? Nie wiadomo :p. Słychać też nie było. Zaczęliśmy powoli schodzić po drodze zaglądając do małej kapliczki. Dopisaliśmy sobie historię, że to pewnie w niej miał odbyć się ten ślub :). Na dole czekały na nas próbki win :). Pyszne! Domowe. Ja, Rafał i Justyna wzięliśmy jeżynowe i poziomkowe, a Kasia i Marcin poziomkę i jagodę. Szczęśliwi dopakowaliśmy alkohol do naszej alkoholowej skrzyni i ruszyliśmy do Jagodiny, gdzie czekał na nas Aquapark :)!! Dojechaliśmy w porze obiadowo kolacyjnej, więc zaczęliśmy od popcornu :). Bardzo dobry! Zajrzeliśmy do Aquaparku. Wyglądał… hm, miło (?). Najbardziej przekonywał nas tym, że weźmiemy prysznic :p. Pokierowani głodem i Wifi znaleźliśmy w pizzeri :). Wifi co prawda nie było stamtąd, tylko z Tv Servis, ale Rafał złamał hasło i mogliśmy nadrobić zaległości :). Kelner był średnio angielski, menu też, ale miało piękne obrazki dań! W Serbii łatwiej dogadać się po polsku niż angielsku :). Mamy też Justynę, która chwilę przed wyjazdem uczyła się serbskiego od znajomych :). Pizza była GENIALNA!! Każdy zjadł jedną poza oszczędzającą żołądek Justyną. Pełni wróciliśmy na parking z busem. Po dłuuuuuuuugich ustaleniach wyjęliśmy stolik i Scrabble :). Ja się odłączyłam i nadrabiałam warszawskie plotki ze znajomymi. Wifi było w powietrzu :). Jagodina miastem Wifi!! Po pewnym czasie zaczęło błyskać i grzmieć!? Do tej pory było gorąco na wyprawie i wcale nie chcemy tego zmieniać! W następstwie zaczęło padać, na szczęście lekko. Schowaliśmy się do samochodu i… szukaliśmy hoteli :p. W ogóle niewyprawowo, ale Rafał się mocno nakręcił i dopóki nie sprawdził wszystkich i nie okazało się, że są drogie to mu nie przeszło :). Zrobiliśmy małe kółko po mieście, żeby spróbować znaleźć parking pod drzewkiem. Mały wybór :p. Finalnie skończyliśmy przy Zoo. Tam również Wifi było w powietrzu :). Niestety słabe. Zapachy dawały nam się mocno we znaki i małpie piski też. Zanim położyliśmy się spać odwiedził nas mały kotek. Kasia oszalała. Zawsze jej się to zdarza przy kotkach :). Wydębiła nawet rybkę dla niego z naszych zapasów :p. Kotek wciągnął 3/4 i reszta została mu wyrwana żeby nie pękł! Przerobiliśmy kolejną rozmowę o kotach. Zdania są podzielone :). Rafał lubi, ale nie obce, Kasia i Marcin wszystkie, ja i Justyna żadne :p. Postanowiliśmy nie nastawiać budzika, bo przecież baseny dopiero od 10 :)!

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *