• Do następnej wyprawy…

    Home » Bajina Bašta » Dzień 26 – Belgrad

    Dzień 26 – Belgrad

    2.09.2014

    Otworzyłam oko, potem okno i… widzę milion samochodów na parkingu! Jacyś ludzie się przypatrują, gadają, pokazują palcami :p. Obstawialiśmy nawet radiowóz za chwilę :p. To był chyba szpital, chyba, bo w nocy nie był ani trochę oświetlony! Zrobiliśmy szybkie poruszenie i dzięki temu po 9 byliśmy na nogach! Zaspani, ale gotowi na zwiedzanie. W planie mieliśmy kilka standardowych punktów, które mieściły się w ramach jednej ulicy :). Zaczęliśmy od ulicy Świętego Michała – najpiękniejszej w Belgradzie. Potwierdzamy 🙂 Tam złapaliśmy śniadanie, raczej niewypał :p. Omlet bardziej jak jajecznica, tosty… hm, chociaż w sumie było dobre. To mój omlet był niesmaczny :p. Tylko kawę podają tutaj malutką :(. Ulica piękna, bardzo w stylu naszego Nowego Światu. Zwieńczeniem tego spaceru było sprawdzenie stanu konta, ponieważ znaleźliśmy idealny prezent, który chcieliśmy kupić! Wymagało to jednak sporej gotówki :), ale się udało! Prezent jeździ już z nami! Wysłaliśmy tez kolejne pocztówki (można je wysyłać tylko z poczty, bo skrzynki na ulicach to  zabytkowe atrapy :p). Ominęliśmy (niestety) McD szerokim łukiem, bo szukaliśmy restauracyjki z serbskim jedzeniem. Każda knajpka ma hostessę, która MOCNO wyróżnia się spośród tłumu :). Próbują zapraszać, ale częściej wygląda to jak nagabywanie :p. Wybraliśmy restaurację o nazwie Dva Jelene. Bardzo tradycyjna :). Usiedliśmy w ogródku, ale zajrzeliśmy do środka – ogromna! Wnętrze wyglądało myśliwsko i jakbyśmy siedzieli wewnątrz, to spodziewalibyśmy się, że do stolika ‚podjedzie’ pieczony jeleń :p. Dostaliśmy pyszne serbskie czekadełko – ciepły chlebek posmarowany oliwą z ziołami. Wszyscy byli bardzo zadowoleni ze swoich żeberek, steków, fasolek, kiełbasek i łososi, a ja sobie ponarzekam :). Nie było ŻADNEGO dania bez mięsa! Komponowałam sobie z przystawek. Grillowane warzywa – stary bakłażan, ziemniaki nadziewane kajmakiem – jeden ziemniak z masłem w środku, grillowana papryka z serem w środku – znowu kwaśny twaróg. W sumie już powinniśmy zarejestrować, że ser to nie ser tylko kwaśne białe coś. O i drugi raz za czekadełko zostały naliczone pieniądze. Najedzeni poszliśmy oglądać twierdzę, kolejną do indywidualnego zwiedzania :D. Dowiedzieliśmy się, że rycerze grali w kosza i mieli dinozaury :). Poza tym wszystko było w normie – piękne ruiny na wzgórzu, z którego widać połączenie dwóch rzek – Dunaju i Savy :). Po ośmiogodzinnym spacerze po Belgradzie zaczęliśmy wracać do busa. Po drodze zahaczyliśmy o najstarszą kawiarnię o nazwie ‚?’. Mieściła się w bardzo klimatycznej kamienicy i miała bardzo nieklimatyczne parasole w ogródku… bardzo! Zresztą sami oceńcie na zdjęciu :). Przy pakowaniu mieliśmy śmierdząca przygodę z wdepnięciem w kupę i przymusową dezynfekcją busa :p. Zapakowaliśmy nasze procentowe pamiątki (ciekawe na której granicy nam je zabiorą :p) i ruszyliśmy w stronę Bajina Bašta. Wszystko szło gładko dopóki nie wjechaliśmy w góry. Tam zastała nas mgła i deszcz, a właściwie ulewa!! Widoczność mieliśmy na ok 0,5 m (krzyczy Rafał :p). Nie było widać NIC – samochodów z naprzeciwka, linii, pobocza, dziur, zakrętów. Tył z wrażenia zasnął :p. My próbowaliśmy widzieć cokolwiek i przecierać szyby chusteczką, bo strasznie parowały. Ograniczenia były do 20 km/h, w mijanych domach panował taki mrok, że tworzył się przerażający klimat. Jechaliśmy godzinę dłużej niż zakładaliśmy. Na szczęście udało się bez rewolucji dotrzeć do miasta. Rafał na miejscu wziął głęboki oddech i dostał brawa od jedynej nieśpiącej, czyli mnie. Zatrzymaliśmy się na pozornie wyludnionym parkingu. Okazało się, że tuż obok są bramki graniczne z Bośnią i Hercegowiną :p oraz tartak. Mróz, deszcz, mgła, szybka toaleta i łóżeczko :).

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *