• Do następnej wyprawy…

    Home » Bajina Bašta » Dzień 27 – dzień deszczowy

    Dzień 27 – dzień deszczowy

    3.09.2014

    W nocy kilka razy budził nas… deszcz!!! Namiot na górze samochodu na szczęście raczej nie przemaka cały :). Trochę tylko przy styku z materacem, niemniej jest coraz chłodniej. Nie było szans na rozstawienie stolika i zjedzenia śniadania. Z resztą, tutaj też jest tanio w barach :p. Podjęliśmy kolejną próbę zjedzenia dobrych, normalnej wielkości naleśników. Prawie się udało :). Były ogromne, z ogromną ilością farszu, ale te deserowe były tak mocno słodkie, że tylko Marcin zmęczył swoje :p. A na słono wiadomo, pacia z białego serka. Tak czy siak najedliśmy się :D. Justyna skusiła się na OGROMNY 🙂 kawałek tortu, które tutaj podobno są genialne. Fakt, wszystkim smakował! Dowiedzieliśmy się też jeszcze jednej rzeczy – czarna herbata w kawiarniach/ restauracjach/ barach jest rzadkością! Za to rumianek, mięta i owoce leśne, wszędzie :). Trochę byliśmy przybici tym deszczem i mgłą. Nie takie ubrania, buty (Kasia postanowiła kupić sobie kalosze i dobrze na tym wyszła :)). Wizja oglądania domku na środku rzeki we mgle? Nie do końca o to chodziło. Zresztą ja, patrząc w niedaleką przyszłość, nie wyobrażałam sobie oglądania Bośni i Hercegowiny w deszczu! Marcin zapytał o drogę do domku i ruszyliśmy w jego stronę. Wyglądał ładnie :). Dookoła była piękna woda, wędkarze i zdecydowanie nieczynna już wypożyczalnia kajaków. Szybko się zabraliśmy, bo zaczęło mocno padać! Ruszyliśmy w stronę granicy z BiH. Droga była bardzo krajobrazowa – tunele, kaniony, góry, rzeki z błękitną wodą! Pięknie. Pomijając wszechobecne knajpy z masą świniaków na rożnie! Na granicy był bardzo miły i gadatliwy strażnik :). Zażartował sobie, że jeździmy Polishvagenem uprzednio pytając jak się sprawuje. Sprawdził paszporty i zrobił ‚papa’. Kawałek za budką był szlaban. Manualny. Cherlawy. Nie wiadomo czy samemu trzeba go podnieść czy ktoś przyjdzie, bo nikt przez dłuższą chwilę się nie wybierał :). W końcu podeszła pani pytając czy mamy coś czego nie powinniśmy mieć i nas przepuściła. Niedługo potem dojechaliśmy do Višegradu. Małego miasteczka, w którym 20 lat temu Serbowie dokonali rzezi na mieszkańcach, głównie muzułmanach. Większość z tych morderstw dokonała się na moście – głównej atrakcji. Kilku oprawców zostało aresztowanych, reszta do tej pory mieszka w mieście! Ofiarom nie pozwolono nawet postawić tablicy pamiątkowej na moście… Ciążyła nam ta świadomość. Każdy po cichu, w głowie, zastanawiał się czy mijamy starzec jest jednym z oprawców czy nie… Doszliśmy do mostu, który od 4 dni (!!!) był zamknięty z powodu wymiany nawierzchni. Niemożliwe! Nie fair! Podeszliśmy do ogrodzenia robotniczego, pchnęłam furtkę i była otwarta :)! Poszłam na zwiady, udając że mnie nie ma. Pan robotnik się uśmiechnął, więc uznałam to za pozwolenie. Chwilę za mną weszła reszta ekipy :). A za nimi reszta turystów :p. Pomyśleliśmy, że taka grupa to już za dużo nielegalnych gapiów i się zmyliśmy. Dowiedzieliśmy się również, że na terenie BiH – w parkach, na polach, na prywatnych posesjach stoją symboliczne nagrobki ofiar wojny. W drodze do Sarajewa, którą pokonywaliśmy z Višegradu, było ich dużo… Opis samego Sarajewa też brzmiał jakby nie było tam nic poza pamiątkowymi punktami. W rzeczywistości się to sprawdziło z tym że wszystkie te punkty były tak mocno wplecione w codzienność, że miasto dookoła nich tętniło życiem. Trzy opisane w przewodniku zamachy miały miejsce na bazarach, które dalej spełniają swoje funkcje, Aleja Saperów miała poprzeplatane budynki ostrzelane z odremontowanymi, tworzyło to niesamowicie sprzeczny klimat… Wieczorem przeszliśmy koło wiecznego płomienia i ul. Ferhadija liczoną jako sarajewską starówkę. Faktycznie można było się poczuć jak na starym mieście. Niezwykle jednak w niej było to, że doskonale pokazywała połączenie i różność kultur. Mniej więcej w połowie, na chodniku znajdowała się linia pokazująca kulturę Wschodu i Zachodu :). Na zdjęciach zobaczycie o co dokładnie chodzi. Pomysł godny ściągnięcia! Wszystkie sklepiki z pamiątkami już powoli się zamykały. Namówiłam Rafała żeby w końcu spróbował burka – mięso mielone w cieście francuskim. Pani sprzedająca nie była ugodowa i nie chciała zmniejszyć odkrojonej porcji! Więc wszyscy spróbowali i wszystkim smakowało :). Oczywiście zaliczyliśmy też McD, ale nie było nic lokalnego :(. Podeszliśmy jeszcze do BBI Center – wielkiego i pięknego centrum handlowego. Wybraliśmy zegarki po tysiąc złotych, zrobiliśmy im papa i wyszliśmy. W kawiarni na dole ustaliliśmy plan działania na jutro i ruszyliśmy Aleją Snajperów na obrzeża, żeby znaleźć miejsce do spania i wejść do jakiejś lokalnej restauracji na kolację i nadrobienie zaległości na blogu. To drugie nam się udało :). Justyna zrezygnowała z wchodzenia, odsypiała już w busie :).  Kasia i Marcin zjedli ‚pizzę bez sera’ – Lahmadzun. O północy zamknęli lokal i pojechaliśmy lokalizować nocleg. Udało nam się go znaleźć stosunkowo szybko, na parkingu koło hotelu.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *