• Do następnej wyprawy…

    Home » Boska Wyprawa » Dzień 30 i 31 – powrót słońca i morskiej kąpieli

    Dzień 30 i 31 – powrót słońca i morskiej kąpieli

    6, 7.09.2014

    Wszystko poszło planowo – wstaliśmy z budzikiem i ruszyliśmy o 10:00 w stronę Dubrovnika :). Z kolei tego miasta nie mogła doczekać się Kasia. Ale zanim tam dotarliśmy, czekała nas jeszcze jedna granica. Niby nie stresująca, ale granica to granica :p. Dojechaliśmy chichrając się pod nosem z narzędzi i stolika do przeszukiwania samochodów. Na dwa miejsca przed nami bardzo dokładnie było przeszukiwanie auto ojca z dziećmi. Jak tylko dojechaliśmy bezpośrednio do okienka dało się słyszeć ‚Polska! Polska!’. I ciach! Podeszło do nas dwóch strażników w białych rękawiczkach i kazali opuścić samochód. Otwierali najmniejsze kieszonki w plecakach i sprawdzali każdy papierek w portfelu. Pójście do toalety wiązało się z wywróceniem kieszeni na lewą stronę :p. Po kilkunastu długich minutach jeden ze strażników poszedł do biura i zawołał Marcina. Po kilku minutach wrócił Marcin mówiąc, że głównym powodem przeszukania są wykryte przez skaner na granicy narkotyki. Całe przesłuchanie polegało na przyznaniu się do posiadania i ostrzeganiu przed karą jeśli się nie przyznamy, a będą. Potem poszedł Rafał i historia się powtórzyła. Wrócił z wiadomością, że możemy ruszać :). Lekko zdenerwowani pojechaliśmy dalej. Nie chcemy więcej takich granic! :). Na miejscu, tj. w Dubrowniku zastał nas upał i brak miejsc parkingowych :p. Rafał zawsze z uporem maniaka szuka miejsc najbliżej miejsca docelowego :). I zawsze mu się udaje – stanęliśmy tuż przed bramą wejściową, położyliśmy kamienie pod koła, w razie jakby bus miał zamiar się stoczyć i ruszyliśmy :). Po chwili się zorientowaliśmy, że trzeba znaleźć parkomat. Mieliśmy drobne, więc poszliśmy z Rafałem wrzucać monety. Wrzuciliśmy je ze sto razy i to w dwa parkomaty – nic. Chodzimy, sprawdzamy o co chodzi… Potem zorientowałam się, że cena jest tylko w chorwackich kunach i tylko nimi można płacić. Zaczęliśmy więc szukać kantoru w zasięgu wzroku – nic z tych rzeczy! Poszliśmy po bilety parkingowe i wydano nam po prostu resztę w kunach. Wszyscy wiemy, że takie zamiany nie są opłacalne, ale to było jedyne wyjście na teraz. Chwilę później zmiotła nas cena parkingu – 20 kun/h = ok 12 zł! Wrzuciliśmy ile trzeba i dołączyliśmy do ekipy, która czekała na nas w cieniu :). Razem ruszyliśmy piękną wąską uliczką w dół, na plac główny. Na dole zaskoczyły nas dwie rzeczy – wszystko było z jasnego marmuru i tworzyło niesamowity widok oraz ceny, ceny czegokolwiek. Pisałam już wcześniej, że na Bałkanach jest super tanio, że stołujemy się w knajpach cały czas, aż tu nagle koniec :P. Dubrovnik zafundował nam „tylko” bułki i jogurt :(. Idąc główną uliczką dochodziło się do Fontanny Onufrego, która niegdyś dostarczała wodę pitną mieszkańcom. Jest też legenda, która głosi, że wypicie wody ze wszystkich szesnastu kraników i wypowiedzeniu po tym życzenia, spełni je. Wypiliśmy i powiedzieliśmy, tylko działał co drugi kranik :p. Myślicie, że się spełni? Przy fontannie było wejście na mury otaczające miasto, z których rozpościera się widok na cały Dubrovnik. Podeszliśmy do kasy i natychmiast się cofnęliśmy :p. Bilet normalny kosztował 100 kun = ok 70 złotych. Za chwilę okazało się, że na szczęście są studenckie za 30 kun! Pan kasjer nie chciał wejść w układ i uwierzyć nam, że wszyscy jesteśmy studentami :(.  Po kalkulacjach ja i Rafał poszliśmy jako reprezentacja. Musimy przyznać, że widoki niesamowite! Wszystkie kamienne czerwone dachówki wyglądały świetnie. Miejscami mur miał wysokość 25 m co pozwalało zobaczyć bardzo dużo. Oczywiście najlepszy widok był od strony Morza z widokiem na wyspę, jak się później okazało, przeklętą. Zrobiliśmy bardzo dużo zdjęć, żeby reszta ekipy mogła zobaczyć miasto z góry :). I oczywiście nie zapominajcie, że waszemu spacerowi będzie towarzyszył szalony tłum turystów i upał. No chyba że wyjdziecie o 5:00 rano :p. Po ok 2h zeszliśmy na dół i zrobiliśmy kolejne podejście do obiadu… tym razem skończyliśmy na Surf’n’ Fries :). Pycha! Koło 16 spotkaliśmy się wszyscy koło samochodu i ruszyliśmy w stronę miejscowości Kuciste! A tam czekał na nas prysznic, Dżela i windsurfing :). Koło 19 dotarliśmy na miejsce po drodze mijając się z burzą i deszczem… Dotarliśmy do bazy Surfclub, przywitaliśmy się ze znajomymi i ustaliliśmy plan wieczora :). Oczywiście zaczęliśmy od pójścia pod prysznice i sprawdzenia cennika kempingu. Nie zdecydowaliśmy się. Na jedną noc mogliśmy zostać przed na bardzo fajnym parkingu. Wszyscy wiemy, że Chorwacja jest modna wśród Polaków, ale że aż tak?! Jestem skłonna stwierdzić, że innej narodowości tam nie było! Koło 20 ruszyliśmy ‘plażą’ (wolę nasze, piaskowe!!) do restauracji 🙂 próbować chorwackich specjałów! Skończyło się na popijaniu trawaricy. Oczywiście co twardsi się na to zdecydowali, reszta piła Karlovacko :). Po ploteczkach poszliśmy spać, żeby rano wstać rześkim na nauki :). Dżela wzięła pod swoje ramiona Rafała i Marcina, ja wiedziałam czym grozi windsurfing, więc się nie zdecydowałam :p a dziewczyny opalały się i robiły zdjęcia :). Chłopakom szło… śmiesznie. Wszyscy mieliśmy niezły ubaw. Rafał bawił się tak świetnie, że z radości skręcił palec :(. Ale dzielnie sobie z tym poradził! Po 1,5 h ze smutkiem na twarzy Panowie zeszli z desek i zaczęliśmy rozglądać się za jedzeniem :)! Zjedliśmy PRZE – PY – SZNĄ pizzę na terenie kempingu. Naszym przewodnikiem po wszystkim była Dżela, która już chyba zamieszkała w Chorwacji :p. Najedzeni, opaleni , szczęśliwi i mądrzejsi o naukę windsurfingu zaczęliśmy powolutku się pakować i żegnać :(. Czekało na nas kolejne chorwackie miasteczko – Split! Dojechaliśmy do niego przed północą, zaliczając po drodze przeprawę promową i udało nam się znaleźć ciekawe miejsce na nocleg. Spaliśmy tuż przy morzu, z którego rano co poniektórzy skorzystali :).

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *