• Do następnej wyprawy…

    Home » Austria » Dzień 34 – końcówka Chorwacji i Lubljana

    Dzień 34 – końcówka Chorwacji i Lubljana

    10.09.2014

    Obudziliśmy się zaraz przy głównym wejściu do Cmentarza Mirogoj w Zagrzebiu. Pogoda była fatalna. Namiot nie przemókł, ale ścianki były już mocno wilgotne. Nie wiadomo było właściwie gdzie się ubrać i jak powyciągać ubrania z walizek. Jak to zwykle bywa, dookoła cmentarzy znajdują się domy pogrzebowe i zakłady kamieniarskie. Staliśmy w bardzo bliskim ich otoczeniu, w jednej z wewnętrznych uliczek. To nas poniekąd uratowało, albo przynajmniej bardzo pomogło. Zaraz po wyjściu z busa podszedł do nas właściciel jednego z takich zakładów i zaprosił do siebie, żeby móc skorzystać z toalety i normalnie się ubrać. Ja z Honoratą skorzystaliśmy, i z ubraniami i kosmetyczką pod pachą po chwili znaleźliśmy się w pomieszczeniu przypominającym „socjalny” ze szpitali. Była wersalka, aneks kuchenny i toaleta, a w niej przepiękny kamienny prysznic z płyt nagrobnych. Z jednej strony wyglądał komicznie, a z drugiej przerażająco. Żadne z nas nie zdecydowało się jednak skorzystać i ograniczyliśmy się do mycia zębów i powierzchownej toalety. Nie przeparkowując busa weszliśmy na teren cmentarza Mirogoj. Zwiedzaliśmy głównie zakrytą część ze względu na ciągle padający deszcz, a po jakimś czasie Kasia z Marcinem ruszyli w głąb przepięknych, już jesiennych alejek. To fakt. Było tam naprawdę ładnie, a spadające liście dodawały uroku. Polecamy tam zajrzeć, bo pomimo pogody można tam „odetchnąć” (?) – a w każdym razie jest to miłe przeżycie dla duszy. Ruszyliśmy do Ljubljany. Zaraz po przekroczeniu granicy były bramki, gdzie należało zakupić winietę. Czy wiecie, że koszt najkrótszej terminowo winiety tj. tygodniowej dla naszego Sypialnego, który kwalifikuje się nie jako samochód osobowy, a jako wan to 40 euro?! Ja nie mogłem uwierzyć! Wróciłem do busa z wieściami i od razu wszyscy przytaknęliśmy, że przejechanie 300 km w ciągu jednego dnia autostradą nie jest warte pełnego baku paliwa i pojechaliśmy wspaniałą drogą biegnącą w 70% wzdłuż autostrady. Wam też polecamy to rozwiązanie 🙂 W Ljubljanie oczywiście padało, a do tego nie mogliśmy znaleźć miejsca parkingowego, które nie jest oddalone od starówki o 5 km. Po kilku okrążeniach, udało się zatrzymać na parkingu w strefie płatnego parkowania. Ruszyliśmy odkrywać stolicę Słowenii. Najpierw zaliczyliśmy Most Smoków, następnie Stare Miasto z Rynkiem Głównym, Plac Prešerena, Katedrę, Ratusz i połowicznie Zamek, bo przyglądaliśmy mu się z obiektywu aparatu. Miły spacer, w bardzo spokojnej atmosferze i tu zwracam szczególną uwagę, bo byłem tym bardzo zdziwiony, że popołudniu nie było tam właściwie ludzi, zakończony zakupem magnesów i przejrzeniem kilkunastu menu w restauracjach przy głównej alei dobiegł końca. Zrezygnowani wysokimi cenami za coraz bardziej wyczekiwaną kolację stwierdziliśmy, że zjemy jakiegoś fast fooda (w ramach oszczędności oczywiście 🙂 ). Miejscowe dziewczyny, które także spacerowały po Starówce wskazały nam najbliższe centrum handlowe i od razu, niemalże pędem, ruszyliśmy do busa – zbliżała się godzina zamknięcia. Na miejscu wybraliśmy pizzerię i tam za koszt ok. 8 euro każdy wybrał sobie swój smak. Honorata szukając czegoś innego, niż pizzy wegetariańskiej znalazła bogatszą w składniki propozycję pizzę wegańską, a po otrzymaniu talerza, wielkie zdziwienie, bo pizza była bez sera. (Wiemy, że to oczywiste dla wegan, ale my w ogóle nie skojarzyliśmy tego faktu na miejscu) Na szczęście kucharz był tak uprzejmy, że za dodatkowe 1,5 euro dorzucił ser i wrzucił pizzę ponownie do pieca. Nieco przyjarana, ale jednak z serem poszła calusieńka 🙂 Zmęczeni ruszyliśmy w kierunku Wiednia. Po przekroczeniu granicy zatrzymaliśmy się na nocleg na przydrożnej, dużej zatoczce w otoczeniu pięknego, ciemnego lasu. Przygotowując się do snu usłyszeliśmy dziwne dźwięki dobiegające z lasu, na naszej wysokości. Na początku niespecjalnie nas to wzruszyło, ale po kilku minutach postanowiliśmy z Marcinem sprawdzić, czy aby na pewno dotrwamy do rana i drogą dla leśniczych weszliśmy w jego głąb. Po kilkuset metrach dźwięk był już naprawdę głośny i zdawał się dobywać z koron drzew. Włączyliśmy latarki i wypatrzyliśmy jakieś dziwne ptaszysko. Do tej pory nie wiemy co to było, ale na pewno nie zrobiło nam nic złego 🙂

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *