• Do następnej wyprawy…

    Home » Chena Hot Springs » Dzień 34, 35 i 36 – Czy chcielibyśmy zamieszkać na Alasce?

    Dzień 34, 35 i 36 – Czy chcielibyśmy zamieszkać na Alasce?

    Ice Museum Chena 6, 7, 8.01.2016
    Obudziliśmy się rano z wielkim uśmiechem, bo lecimy na Alaskę :D! Nareszcie zostawiamy NY! Zostawiamy miasto! Piękny jest, ale męczy. Kolejny raz łamaliśmy stereotyp komunikacji i pojechaliśmy na lotnisko właśnie nią. Droga z naszego mieszkania na Manhattanie miała trwać godzinę i dokładnie tyle trwała. Na lotnisko w Newark pojechaliśmy metrem (single ride $2,75 osoba) i pociągiem ($13 osoba). Samolot się spóźnił (dość często lokalne samoloty łapią opoźnienia). Lot na Alaskę trwa milion lat, strefy czasowe się zmieniają, przestajesz łapać czy spać Ci się chce, bo dla organizmu jest środek nocy czy po prostu… albo (tak jak my) masz zbuntowanych współsiedzących :). Czas się dłuży, spać nie możesz, grasz, rozmawiasz, czytasz, obserwujesz ludzi, aż w końcu masz dość i wegetujesz! Ale jak już lądujesz, czujesz gdzie jesteś, widzisz tony śniegu, który skrzypi pod nogami, wszyscy się do Ciebie uśmiechają, zaczynasz cieszyć się jak małe dziecko! To właśnie tu chciałeś być, to właśnie teraz spełnia się kolejne marzenie! Wsiadasz do taksówki, kierowca zaczyna opowiadać jak kocha Fairbanks, że to jedyne właściwe miejsce na ziemi, że jak się rozejrzymy to zobaczymy zorzę (zobaczyliśmy!! Na dzień dobry! :)), że -25 to właściwie upał, i że jak tylko będziemy czegoś potrzebowali to, żeby dzwonić, ale tylko nocą, bo on w dzień nie funkcjonuje :p. Po takiej rozmowie kolejny raz czujesz, że jesteś na właściwym miejscu, we właściwym czasie. Hotel (właściwie dom zaadaptowany na hotel). Na pierwszym planie korytarz – szklarnia. Środek nocy, więc żeby nikogo nie budzić szukaliśmy drzwi z karteczką dla nas – Pani próbowała napisać po Polsku i wyszło jej KOROMOROWSKI PARTY :). Pisaliśmy już kiedyś, że tutaj są tak wysokie łóżka, że jakby człowiek spadł w nocy to na pewno nie bez szwanku :p. Tutaj było o level wyżej, bo stały dwa schodki żeby wejść, ale zanim położyliśmy się spać, to nie wytrzymaliśmy i poszliśmy na mały spacer. Mróz nas szybko zawrócił :p. Trzeba też nauczyć albo oduczyć się jednej rzeczy – tutaj nie ma centralnego ogrzewania w hotelach i hotelikach – każdy dba o ciepło w swoim pokoju piecykiem albo klimatyzacją. Zapomnieliśmy :p. Mocno nas przemroziło. I jeszcze jedna rzecz nas zdziwiła – kołdra była tak naelektryzowana, że ledwo można było ją odkleić, a strzelało prądem tak, że wyginało palce :p. Rano obudził nas zapach – jak dla mnie gulaszu, Rafał twierdzi, że pieczywa :p. Duża rozbieżność :). W każdym razie na śniadanie było cieplutkie ciasto! Kolejna ciekawostka – obudziliśmy się po 9 i było ciemno, słońce wschodzi dopiero po 10, ale cały dzień ma kolor jakby zachodziło i jest ciągle na tej samej wysokości :). Zrobiliśmy kolejny spacer po okolicy – apetyt rośnie :). Potem szybka zmiana hotelu i wyjazd do Chena Hot Springs, Ice Museum i polowanie na zorzę. Okazało się, że jesteśmy jedynymi uczestnikami :). Droga z Fairbanks trwała ponad 1h. Nasz przewodnik był raczej małomówny, trzeba go było ciągnąć za język, ale poza tym bardzo fajnie opowiadał. Po ok 1,5h pojawia się znak ‚the road ends here’ 🙂 i faktycznie jest tylko brama wjazdowa do gorących źródeł. Dookoła piękna gra świateł podświetlonego muzeum, szklarni z warzywami i domków hotelowych 🙂 i oczywiście gwoździa programu – gorących źródeł! Mieliśmy 30min do wejścia do Ice Museum, więc poszliśmy rozejrzeć się dookoła! Wszystko zamrożone, szron na gałęziach, kamieniach… Środkiem płynie mała rzeczka, paruje, myślimy sobie ‚ale mróz, że zimna rzeka paruje’, wkładam rękę, a tam ukrop :D! Czad! Od razu chciałam zdjąć buty i wejść, ale potem trzeba byłoby wyjść… Za rogiem zobaczyliśmy w końcu punkt kulminacyjny- gorące źródła – Rock Lake – jedyne na zewnątrz! Oświetlone mglistym czerwonym i zielonym światłem, para, przez którą nic nie widać :). Kilka zdjęć i pobiegliśmy do muzeum. Nie wiem czy byliście kiedyś w muzeum lodowym, my byliśmy drugi raz, pierwszy w Norwegii. Da się je porównać, ale żadne nie jest pierwsze :)! Tutaj można było dokupić Appletini (jabłkowe martini dla ścisłości :p) za $15. Pycha! Kieliszki lodowe, można zabrać (hahaha), ale zaczynają kapać po dwóch łykach. Było nas 5 osób łącznie i jedna Pani powiedziała, że trzeba stłuc na szczęście, więc stłukłyśmy :). A potem to już tylko gorące źródła :). Przewodnik nam powiedział, że dużo ludzi nie wychodzi na zewnątrz albo mówią, że pierwszy i ostatni raz to zrobili, po czym parsknął śmiechem :). My od razu wiedzieliśmy, ze tylko to zewnętrzne wchodzi w grę. Wejście kosztuje $15 za osobę, czynne do północy. Przebraliśmy się – wiecie -30, bikini, japonki te sprawy – i na trzy, cztery wyszliśmy! Ok, zimno, ale nie zabija :). Za to pierwsze kroki w wodzie były jak we wrzątku! Nieprzyjemne. Ale po chwili, wow! Byliśmy pewni, że długo nie wyjdziemy :). Aura podobna do tej z horrorów – cisza, ciemność, para… Ja mam dość duży problem z temperaturą i komfortem w gorącej wodzie, więc stałam do ramion zanurzona, a na głowę lała się woda z fontanny, której woda była z gorących źródeł, ale zanim doleciała do tafli, to zamarzała :). I tak, na głowach mieliśmy sople 🙂 i rzęsy nam zamarzały. Czad! Jak tylko będziecie mieli okazję gdziekolwiek na świecie tego doświadczyć, idźcie, warte każdych pieniędzy! Gorące źródła to pierwsza z rzeczy, dla których moglibyśmy zostać! Po wszystkim człowiek czuje się jak po dobrym wysiłku na basenie – miękkie nogi, smoczy głód (!!) i chęć na drzemkę :). Poszliśmy się trochę obudzić na mrozie i zjeść. Przyszedł czas na polowanie na zorzę! Są dwa główne sposoby – siadasz w pomieszczeniu z przeszkloną ścianą aaaaalbo siedzisz na zewnątrz :). Zaczęliśmy od wewnątrz :). Na niebie Alaski znajdują się chyba wszystkie gwiazdy świata! Pod nimi widzieliśmy góry i samolocik, ale zanim zobaczyliśmy cokolwiek, to nie widzieliśmy nic :). Oczy są tak naświetlone, że wchodzisz i ciemność absolutna, po minucie zastanawiasz się co za żart, przecież nic nie widać! Dopiero Pan, który siedział tam dłuższą chwilę zaczął nam uruchamiać zmysł i mówić na czym skupić wzrok :). Zatem po jakiejś godzinie niebo zaczęło się zmieniać – gdzieś jaśniej, gdzieś ciemniej, plamka tu, plamka tam… Czekasz, zastanawiasz się czy to już :). Potem myślimy sobie, że może te zdjęcia, które wszyscy znamy są mocno podkolorowane (?). Hm. Po kolejnym czasie zaczęło być delikatnie zielono. Spróbowaliśmy zrobić zdjęcie, ale czas naświetlania jest tak długi, że bez statywu było nam ciężko. Niemniej widać było, że to czego nie widzi oko, jest widoczne dla aparatu. Zaczęliśmy szukać ‚statywu’…Metalowy słupek, do którego przymarzały ręce, ogromny kosz na śmieci, który się wyginał i wreszcie Rafał wymyślił skrzydło samolotu :)! To był najlepszy statyw :). Zdjęcia wychodziliśmy robić na zmianę, żeby nie zamarznąć :). I nagle, trochę poza szybą z pomieszczenia zaczęło się coś dziać! I przez kilkanaście minut widzieliśmy coś tak niesamowitego, że ciężko się było skupić na zdjęciach… Niebo tańczyło, zorza przybierała milion kształtów i rozmiarów, zieleń zalewała cały horyzont! To po to wyjechaliśmy i dlatego tu jesteśmy! Chyba najmagiczniejsze marzenie się spełniło! Potem tak szybko jak się zaczęło, tak szybko się skończyło. Zebraliśmy manatki i uciekliśmy do środka :). A w środku, jak już pisaliśmy, wszystko naelektryzowane do granic możliwości. Przesuwając rękę po krześle (w ciemności) widać jak z palców ‚wyskakuje’ prąd
    i strzela, zresztą w hotelu dzieje się to samo. Śmieszne, ale jednak bolesne. Nasz przewodnik zorzą nie był zainteresowany W OGÓLE, nawet jak wbiegłam uhahana jak małe dziecko, żeby mu powiedzieć, żeby jednak wyszedł zobaczyć… Nic, ani drgnął. My zostaliśmy do ok 1 w nocy i potem ruszyliśmy do Fairbanks. Droga trwała i trwała, kilka poślizgów, ale łosia żadnego :(. Kolejny dzień mieliśmy totalnie luźny. Pochodziliśmy po mieście – WSZYSCY mówią sobie ‚hi’, wszędzie i zawsze, nie znając się nawzajem :), często jak ktoś z samochodu widzi kogoś spacerującego proponuje podwózkę :), wszystkie samochody na parkingach są odpalone i czekają na ludzi :). Miasteczko jest malutkie, nie czuć w nim żadnej presji. Dla nas, jako zwiedzających największymi atrakcjami są zimowe aktywności :).  Downtown, to jedna uliczka na 10min spaceru, ale taktyka była taka, że 10min na zewnątrz, 5min wewnątrz :). Dzięki temu weszliśmy chyba do każdego budynku :p. Trzeba się jakoś ratować przed zamrożeniem :). Byliśmy również w Museum of the North i tam została rozwikłana zagadka ciągłego i tak silnego naelektryzowania :)!! W Fairbanks jest bardzo silne pole magnetyczne i dlatego też, właśnie tutaj, najłatwiej zobaczyć zorzę polarną. Poza tym, wiecie, że nie jesteśmy fanami muzealnych wycieczek :). To muzeum było małe, ale nowoczesne, miało kilka ciekawych ekspozycji i pokój, w którym można było posłuchać ‚śpiewu’ zorzy :). Ale jest, to pierwsze miejsce, które wymieniają tubylcy jako ‚musisz zobaczyć’ :). Zrobiliśmy milion kilometrów pieszo i milion autobusem (bilet dobowy to koszt $3 za osobę) i oczywiście odwiedziliśmy supermarket z frykasami z Alaski – pyszne rzeczy :)! Zwłaszcza jeśli lubicie suszone ryby i czekoladę :). Dobrej nocy! Jutro jedziemy poobcować z psami zaprzęgowymi i poznać ich ‚pracę’.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *