• Do następnej wyprawy…

    Home » Fairbanks » Dzień 37 – pieskie życie

    Dzień 37 – pieskie życie

    Dog Sledding 9.01.2016
    Leeeeeeedwo, ale to ledwo dobiegliśmy na śniadanie :). Bardzo trudno tutaj wstać, bardzo – człowiek się budzi, patrzy za okno, a tam ciemność. I co sobie każdy myśli? ‚Uf. Można jeszcze pospać :)’. A tu psikus – 10 na zegarku. Potem z kolei chcesz wyjść na zewnątrz i dopiero po 30min jesteś gotowy – tyle warstw trzeba założyć, a na koniec zawiązać buty… Nie chcecie widzieć tej gimnastyki :p. I jak już jest się gotowym, to można jechać na wycieczkę :). My dzisiaj jechaliśmy na dog sledding :D! Trafił nam się świetny przewodnik i współwycieczkowicze! Okazało się, że byli w Polsce i chwalili się słowami, które umieją, i nie, nie zaczęli od ‚ku*wa’ :). Umieli ‚dzień dobry’, ‚Żywiec’ i ‚głośność’ :). Zrobił się wesoły autobus. Musieliśmy wyjechać za miasto, ok 20min, ale po drodze zrobiliśmy przystanek żeby zobaczyć Alyeska Pipeline – rurociąg biegnąc przez cały stan (większy od Polski trzykrotnie), którym płynie paliwo :). Zużyte części Pipeline nazywają się ‚świnka na emeryturze’ 🙂 (retired pig). Potem pojechaliśmy troszkę w górę i przegapiliśmy wjazd, więc trzeba było pojechać jeszcze troszkę w górę, żeby zawrócić, a to nie takie proste tutaj. Rafał zresztą ma stres, że to nie on prowadzi i nie kontroluje poślizgów :p. Na miejscu, na wielkiej polanie przywitały nas dwa igla, dwa psy i dwóch uśmiechniętych chłopaków :). Na górze było dużo cieplej, niż na dole. Stanęliśmy wszyscy, żeby posłuchać co i jak, a co nie :p. I przebierając nóżkami z niecierpliwości wyszliśmy na dwór, do psów! 3 niezaprzęgowe biegały luzem, jeden kojec był dla dwumiesięcznych szczeniaczków, drugi dla czteromiesięcznych, a trzeci dla półrocznych. Obok było kilka bud, a przy nich półroczniaki gotowe do pierwszego zaprzęgu w swoim życiu :). Kawałek dalej stało dużo bud (niestety nie policzyliśmy ile) z psami zaprzęgowymi! Jak tylko zobaczyły ludzi zaczęły się krzątać i łasić. Wszystkie były na łańcuchach. Obrazek, na pierwszy rzut oka, nie wygląda jak z bajki, ale po chwili zaczyna się rozumieć, o co chodzi w tej drużynie :). Miłym jest jeśli przywitasz się z każdym psem, a jest to przyjemne, więc biegasz od budy do budy :). Wszystkie zaczynają się wiercić z podniecenia, że mógłby pobiegać, a jak tylko wyczują, że nie to w nosie mają Twoje głaskanie, robią się smutne i chowają… Natomiast psy ustawiane w zaprzęgu wyją jak oszalałe z niecierpliwości! Na wzgórzu, jakby była pełnia albo chociaż noc, to można byłoby umrzeć z przerażenia :p. Niesamowite jest też to, że pomimo zniecierpliwienia żaden zaprzęg nie przesunął się ani o milimetr zanim nie usłyszał komendy do startu (‚alright’)! Usiedliśmy w saniach, a Sevi stanął na płozach z tyłu. Oczywiście od razu się zapytałam czy będziemy mogli stać :). Będziemy. Jak tylko psy ruszyły, to wokół zapadła taka cisza… Wszystkie emocje przerzuciły na skupienie i bieganie! Chwilę później stałam na płozach z Sevi’em :). To jest dopiero frajda!! I rzucenie komendy na start :). Oczywiście stojąc jest ci milion razy zimniej i buzia zamarza w chwilę, ale nie ma to znaczenia (po wycieczce oczywiście zamarznięte ciało jest nie do ogarnięcia…). Rafał nie chciał stać (:*), więc całe 7 mil robiłam to ja. A swoją drogą, te sanie, pomimo gąbki, kocy i pokrowca są strasznie twarde podczas jazdy, zero amortyzacji. Natomiast przy każdym zakręcie, stojąc, można wypaść i gdybym stała tam sama, to każda zaspa na zakręcie byłaby moja :)! Na bank! Po drodze Sevie opowiadał nam turystycznie jak się nazywają stanowiska psów, które jest najcięższe i że biegnie z nami najstarszy pies ze wszystkich (Pirat). Ma 14 lat i nawet nie wiedząc, że to on było widać, że biegnie inaczej od reszty. W każdym razie to jego ostatni sezon. I wiedzcie, że o ostatnim sezonie nie decyduje człowiek, to pies daje znać, że już wystarczy i nie ma sił. Potem, mniej turystycznie, Sevie dzielnie odpowiadał na pytania o to skąd tu jest, dlaczego ostatni raz i czym zajmuje się zajmuje po sezonie. W skrócie – jest mechanikiem pociągowym w Szwajcarii i za każdym razem, zimą rzuca tę pracę mówiąc ‚I don’t need this fucking job’ :), ale za każdym razem kiedy wraca to dostaje ją od ręki :p. Jak sam mówi ‚jestem świetny w tym co robię :)’. A dlaczego ostatni raz? Nie wie :). Nie wie co chce robić w życiu, nie wie czy chce być blisko rodziny i Szwajcarii czy być tutaj czy jeszcze co innego. Znamy to, co nie? :). Wracając do przejażdżki – psy podskakiwały ze szczęścia, my razem z nimi :), wąchały śnieg, jadły, próbowały zredukować trasę według własnej zachciewajki (czasami pozwala się psom na to dla ich komfortu). Najbardziej rozśmieszyła nas przerwa na toaletę – wszystkie na raz zrobiły siusiu i ruszyły dalej. Śmiesznie to wyglądało 🙂 (Wy możecie to zobaczyć na filmiku z fb). Co chwilę Sevie krzyczał ‚good job’ albo ‚looking good’ żeby pieskom było miło. Trwało, to około 1h. Jak na naszą wytrzymałość na takim mrozie, czas idealny :). Na koniec pożegnaliśmy się z każdym psem i wszyscy poprzytulaliśmy szczeniaczki, długo je przytulaliśmy, tak długo, że zmarzliśmy drugi raz :p. Koszt takiej atrakcji z tutejszym biurem, z odbiorem i powrotem, i godzinną jazdą w zaprzęgu, to $169 za osobę. Niezależna, 15 min przejażdżka kosztuje $65. Do hotelu dotarliśmy wieczorem, zmęczeni i głodni :). Spróbowaliśmy tutejszej ryby i kotleta z renifera – ja polecam rybę, a Rafał renifera :). Na koniec chcemy Wam powiedzieć, że Alaska daje takie szczęście, że człowiek zasypia z uśmiechem na twarzy! Od kilku nocy, po kolejnym dniu tutaj mówimy, że wystarczy marzenie powiedzieć głośno i się spełni… (Rafał cały czas opowiada o „samospełniającej się przepowiedni”.) Oczywiście jako dorośli ludzie wiemy, że potrzeba jeszcze kilku innych rzeczy do spełnienia, ale wiara w swoje marzenia to niezbędna podstawa!

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *