• Do następnej wyprawy…

    Home » Bułgaria » Dzień 7 – jaja jak berety!

    Dzień 7 – jaja jak berety!

    Okładka (Kopiowanie)

    20.05.2016

    Im człowiek bardziej zmęczony, tym mniej wymaga 😊 Jezero view było cudowne, Rodziców taras najlepszy na świecie, chleb z pasztetem vege wyśmienity, łóżko jak dla króla 😊! Polowałyśmy z Mamą na zdjęcie maków, bo jest ich tutaj mnóstwo! Poobdzierałyśmy kolana, ale mamy! Udało nam się trafić na ten parking, co poprzednim razem – 5zł za 2h 😊! Ruszyliśmy deptakiem w stronę opuszczonego kasyna. Przewodnik sprzed 5 lat mówi, że były tam tańce, sprzed 3 lat, że kawiarnia, my sprzed 2 lat, że był zabity dechami, a z dzisiaj, że ubłagałam ochroniarza żeby mnie wpuścił jak nikt nie widzi 😊! Była to ciężka sztuka, bo ja nie mówię po rumuńsku, Pan po angielsku, a dookoła kamery. W każdym razie zostawiłam mu troszkę waluty i weszłam z aparatem. Napisze tak – w latach świetności musiało, to być niesamowicie ekskluzywne miejsce. Zostało dużo pamiątek po tym – wykładzina, kryształowe żyrandole, drewniane schody, witraże w drzwiach, okna na całe ściany, ogromna przestrzeń i majestatyczne tarasy. Teraz, niestety, jest to jeden, wielki gołębnik…Pióra, odchody, gruchanie ptaków i smród. Trzeba użyć wyobraźni żeby przenieść się w tamte czasy. Ochroniarz był na tyle miły, że niw chodził za mną i mogłam wejść wszędzie, gdzie nie było zabite gwoździami. Niestety ograniczało się to tylko do jednego skrzydła budynku, ale i tak to jest ogromny sukces! Uchylamy Wam rąbka tajemnicy zdjęciami i pokazujemy budynek z każdej strony dzięki (w końcu odpalonemu) dronowi 😊! Rozmawiając o zmarnowaniu przestrzeni i cudownego budynku, szliśmy dalej, brzegiem morza, podziwiając przedsezonowy spokój 😊! Dookoła mnóstwo altanek, tubylców, dzieci ze szkół i zieleni. Wsiedliśmy w busa z błogimi uśmiechami w drodze do winnicy Murfatlar, odwiedzonej i sprawdzonej poprzednim razem! Zaczęło się źle – ominęliśmy zjazd i musieliśmy nadrobić 50km, co busem oznacza 1h, a na koniec okazało się, że sklep i muzeum otwarte są od pon do czw…! Na szczęście dostawcy wina nieanglojęzyczni po dłuższym czasie naszego uporu i pukania do biurowych pokoi, znaleźli człowieka z w miarę opanowanym językiem ang i udało się dowiedzieć, że w Konstancy jest firmowy sklep 😊! Zawróciliśmy więc i trafiliśmy w sumie bez problemu, po drodze robiąc kolejne zdjęcia maków 😊! Niestety, nie było jeszcze mojego ukochanego wina, ale wybór był niemały. Obkupiliśmy się solidnie za najdroższe wino płacąc ok 40zł, a najtańsze ok 14zł. Pierwsze białe przetestowane – polecamy 😊! Lokalni przynoszą swoje butelki i nalewają z wielkiego tanka wino – 10l za ok 100zł, najmniejsza ilość, to 2l. Może być otwarte maks 5 dni. Gwarantujemy, że udaje się wytrzymać maks godzinę 😊! Dalej ruszyliśmy do Vama Veche, na plażę. Szybko poszło 😊 – wszystko zamknięte, woda lodowata 😊. Sprawdziłam na własnej stopie! Dalej granica – dużo autokarów, przejazd zajął na ok 1h, z zakupami w sklepie bezcłowym 😊! Dalej już tylko do Złotych Piasków. Ukochanych i osławionych przez Polaków. Wybredni nie jesteśmy, ale okolica pozostawia wiele do życzenia…I niestety nie była to kwestia sezonu. Trafiliśmy do hotelu po wielu wskazówkach miejscowych i internetu. Zaczął się totalny brak angielskiego. Italiano, russian i dojcze 😊 albo kalambury 😊! Wybraliśmy ostatnie. Dojazd do hotelu krzakami, parking raczej też, recepcjonistka ostrzegająca przed złodziejami, 4 osoby w hotelu 😛. W rezultacie wynegocjowaliśmy parking podziemny, ale płatny osobno. Odpalenie telewizora w pokoju grozi imprezą na cały hotel 😊, a płacenie kartą samoobsługą terminala 😛. Zasnęliśmy jak zabici w dźwiękach (sztucznego) ćwierkania ptaków i (naturalnego) szumu fal 🙂

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *