• Do następnej wyprawy…

    Home » Albania » Dzień 12 i 13 – przepiękna natura

    Dzień 12 i 13 – przepiękna natura

    Okładka (Kopiowanie)

    25, 26.05.2016

    Przyznajemy się bez bicia, że gdyby nie Rodzice, to i śniadań by nie było, i dłuższego spania by nie było. Są zdecydowanie lepsi w pobudkach i porannym ogarnięciu się 🙂! Tym razem zaserwowali burki z wszelakimi nadzieniami – podobno wygrywa mięso, ja nie wiem, nie próbowałam. Dla mnie wygrywa ser, ale tego z kolei nie wie ‚mięso’, bo nie jadło sera 😛. W każdym razie wszyscy zadowoleni, bo nawet wino, w którym się zakochaliśmy udało się zdobyć o poranku. Kolekcja się powiększa z każdym miejscem coraz bardziej 🙂! Po śniadaniu my musieliśmy nadrobić trochę wpisowych zaległości i oswoić się z myślą, że przed nami ponad 7 h drogi (ok. 400 km). Oczywiście wszyscy zapamiętaliśmy dystans, ale czasu nikt nie policzył wyprawowo i było duuuuuuże zdziwienie 😛, a Rodzice poszli zwiedzać Skopje, znaleźć naparstek i policzyć pomniki 😛. O 14 zapakowaliśmy majdan i hej ho w drogę! Wspólnie ustaliliśmy, że nie jedziemy przez Kosowo dla zaoszczędzenia ok. 30 € na wewnętrznej zielonej karcie i zaliczamy Albanię!! Albania, to jest jednak dziki kraj 🙂!! Zakochaliśmy się na nowo i postanowiliśmy zrobić plan wyjazdu do Albanii. W każdym razie widoki, zwierzaki, CENY i brak angielskiego (a raczej nie przyznawania się do jego braku) są powalające 🙂! Jeżeli ktoś z Was zna etiologię tak popularnego języka ‚italiano’ w tamtym rejonie niech nam wyjaśni 🙂! Prosimy! Sytuacja ze stacji, Was pewnie już tak nie rozśmieszy jak nas, ale… poszłyśmy kupić 3 kawy – z mlekiem i dwie espresso z przedłużoną wodą (to ważne info wbrew pozorom :p), a Panowie próbowali zapłacić kartą za paliwo. Wszystko działo się równolegle. Obie sprawy zakończyły się fiaskiem, ale było śmiesznie. Pan od kawy nie umiał wyobrazić sobie co do niego mówimy, a raczej pokazujemy i stały przed nami 3 espresso + butelka wody 🙂. Ale kreatywności nie można mu zarzucić – zadzwonił do kolegi, który angielski rozumie. Już ulga, bo w końcu normalna, duża kawa… nic z tego. Angielski kolega zapewnił dolanie mleka do espresso i kranówę do reszty, a w dodatku ja zrobiłam gafę… bo pytając o płatność kartą Pan pokiwał na ‚tak’, a przecież u nich to znaczy ‚nie’ więc zapłacić nie miałyśmy jak. Okazało się, że w pokoju obok z kolei terminal nie działa, więc też zapłacić nie ma jak 😛. Już prawie pojawiła nam się wizja utonięcia w Albanii, aleeeee Tata wyczarował jakieś euraski i udało się zbiec 🙂! Droga była długa, ale się nie dłużyła 🙂! Jadąc przez Albanię każdy musiał mieć wszystkie czujki włączone, więc nikt nie przysypiał nawet 🙂. Dodatkowo nawigacja próbowała robić takie skróty, że nawet krowy by się nie podjęły 😛. Robiliśmy alternatywne trasy. Późno, późno dotarliśmy do Budvy i ambitnie myśleliśmy, że pójdziemy wieczorem na starówkę i złapiemy oddech. Trasa miała jednak inny plan i dopiero ok. 2 dojechaliśmy do hotelu. ‚Przywitała’ nas właścicielka ledwo widząc na oczy, ale miała takie procedury meldowania, że nasze oczy szybko się otworzyły. Poza standardami bardzo dokładnie musiała wiedzieć, którą granicą wjechaliśmy do Budvy. Ciężko się było skupić i podać Pani miejscowość, ale była wyjątkowo bezwzględna, więc otworzyliśmy mapę i szukaliśmy sobie. A co tam! Wakacje są! Zarywamy noce! 🙂 Pocieszało nas to, że obudzimy się w pięknym słońcu z widokiem na morze i Sveti Stefan (taka wyspa dla bogaczy, na którą wstęp jest tylko jeśli jest się gościem hotelu z wyspy. No nie tym razem :p). A nad ranem… jakże to morze daleko, jakaż piękna budowa przed nosem, bardzo naciągane to ‚sea view’ 😛. Grunt, że słońce przedarło się przez przeszkody. Zebraliśmy manaty i pojechaliśmy szukać czarnogórskiego wina (Plantaże!!), zjeść śniadanie, wejść do morza, plaża itd., ale zanim… trzeba było zorganizować monety do parkometru. Zaryzykowałam w hotelu. Udało się, ale znalazłam chyba wszystkie słówka na monety, a Pani i tak mnie zaskoczyła, bo dopiero słowo ‚metal’ dało pozytywny wynik 🙂. Czas się oczywiście skurczył tak, że znowu nie dotarliśmy do starówki (!!!!), a bardzo chcieliśmy! Dla pewności, podczas śniadania na plaży zadzwoniliśmy do Tary żeby zapytać czy tyrolka ( http://redrockzipline.com/#tehnicki-opis ) dzisiaj jest aktywna 🙂. Jest! Przyspieszyliśmy leniwe plażowe tempo, bo przed nami 4h drogi (ale z okazji Dnia Mamy zjechaliśmy do winnicy, która była sklepem, ale ze świetną babką). Spiąć się trzeba było, żeby zdążyć zanim uciekną obsługujący. Przez drogę co chwila pojawiał się temat zjazdów – czy rodzice jadą? Kto pierwszy? Jakim sposobem (można 3 – zwykły, superman i podwójnie)? Ile razy? Itp. Największy strach w oczach miała chyba Mama, chociaż to Rafał i Tata mają lęk wysokości. Chooooiciaż Rafał coraz skuteczniej o nim zapomina, bo już kilka razy przełamał barierę – pierwszy i najważniejszy raz 2 lata temu skacząc ze spadochronu z pierścionkiem 🙂!! Na miejscu złapaliśmy uciekających już Panów, więc trzeba było się spieszyć, ale to dobrze, bo Rodzice mieli coraz mniej szans na ucieczkę 🙂. Po chwili każdy z nas miał już na sobie uprząż i tak na pierwszy ogień poszła najmniej przerażona mina, potem najbardziej, później poker face, a na koniec radość pomieszana z leciutkim stresem 🙂. Będziecie mieli zagadkę na zdjęciach z nazwania min 🙂! Czas trwania ok 40-50 s, wysokość nad rzeką Tarą 152m, długość 350m, maks prędkość ok 50km/h. Napięcie rosło, bo startowało się z podestu nad ulicą i nie było widać kanionu i trasy, więc profilaktycznie trzeba było sobie krzyknąć 🙂. Po chwili można już spokojnie porozglądać się – patrzeć w dół i na boki – nieziemsko! Kanion, rzeka, most, drzewa i na końcu mężczyzna z wyciągniętymi ramionami 😛. Hamowanie wygląda na hardcorowe, ale jest delikatne jak pióreczko 🙂! Czekałam z kamerą na resztę i uwaga, uwaga – WSZYSTKIM zszedł strach, a wszedł uśmiech 🙂!! I to tak wszedł, że każdy pojechał drugi raz! Ja i Rafał na supermana, a Rodzice normalnie. Było super i polecamy wszystkim, zwłaszcza jeśli będzie obsługiwał Marco 🙂! Nie jest to mały wydatek, bo z założenia jeden przejazd 20€, superman 30€, mała tyrolka 10€. My przy drugim razie dostaliśmy super zniżki – po 10€ na głowie, więc można próbować 🙂! Wrażenia super, chociaż mieliśmy z Rafałem niedosyt adrenaliny takiej, jak za pierwszym razem 😛. Ale za to przełożyło się to na rozglądnie, film i zdjęcia 🙂. Poszliśmy na obiad i ceny w € już bolą 😛. Zwłaszcza jeśli ze wszystkiego najlepsze jest piwo i frytki. Zasada z USA – ‚jeśli czegoś nie jesteś pewien, weź frytki’ sprawdza się wszędzie 🙂! Grunt, że cel spełniony – żołądki napchane 😛. Ze wszystkich w drodze powrotnej schodził stresik i co jakiś czas ktoś przysypiał 🙂. Patrząc do tyłu, na Rodziców, stwierdziliśmy, że optymalna i super wygodna liczba osób, to 4, a idealny wzrost do spania w trakcie jazdy, to 165cm 🙂. Bądźcie cierpliwi, a zobaczycie dlaczego 🙂. Dzisiaj zmienialiśmy kolejny raz państwo. Tym razem czekał na nas Blagaj w Bośni i Hrecegowinie 🙂! Czas dojazdu planowany na północ. Nieźle jak na statystyki z tego wyjazdu. Ostatnie 30 – 40km przed granicą było jedną wielką serpentyną. Czuliśmy się jak w wesołym miasteczku 🙂. Wszyscy byli czujni, bo zakręty były przepaścią bez dna, a w dodatku wyobraźnia i poziom żartu się wyostrzyły. W pewnym momencie Tato rzucił ‚nie pędź tak, bo szlaban rozjedziemy 🙂‚ no i bach! Jak na zawołanie, na środku pola/niczego/wiochy (niepotrzebne skreślić) wyrósł szlaban. Uśmialiśmy się, że ho! Ale radość była krótka, bo granica tylko dla lokalnych, nie międzynarodowa!! What?! Co to w ogóle znaczy? Gdzie są o tym informacje? Godzinę przed celem?! Każde z nas próbowało użyć argumentów i wdzięku, ale Pan był nieugięty, nieanglojęzyczny, nieplastyczny… a my byliśmy w dupce! Zmęczeni, źli i z gigantycznym niedowierzaniem. O złości Rafała, któremu już ręce odpadały po serpentynach nie wspomnę… Najbliższy rozjazd do granicy jest za ok 50km. Wiemy, mało, ale nie w górach i nie busem. Straciliśmy 2h. Po 30 km zakrętasów Rafał zatrzymał samochód na 10min i każdy odreagowywał na swój sposób – fajka, gwiazdy, toaleta i głębokie wdechy 🙂. O 3 znaleźliśmy się w łóżeczkach z planem spania Rafała do 10 i naszym do 8 żeby zobaczyć klasztor na wodzie i kawałek miasteczka.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *