• Do następnej wyprawy…

    Home » Belgrad » Dzień 14 – Blagaj, Sarajewo i kolejny mandat

    Dzień 14 – Blagaj, Sarajewo i kolejny mandat

    okładka (Kopiowanie)

    27.05.2016

    Blagaj, a już na pewno Bośnia, to takie miejsce, w którym wychodzisz z hotelu (np.) i myślisz sobie, że życie jest piękne, że kochasz świat i ludzi 🙂! I tak właśnie było – Rafał spał, ale to też warunkuje poczucie piękna świata 😛 – a reszta wycieczki ruszyła na spacer. Okazało się, że mieszkamy tuż przy samym klasztorze 🙂. Słońce prażyło już o 8 rano!! Szliśmy małą uliczką, mijając rzekę i malutkie malownicze restauracyjki… Wszystkie budki straganowe były jeszcze na szczęście zamknięte, turystów też jak na lekarstwo. Cały Blagaj dla nas 🙂. Szkoda tylko, że Rafał musiał odespać. W klasztorze okazało się, że właściwie to meczet. Zdziwiło nas to, ale zdjęliśmy buty, założyliśmy chusty i ruszyliśmy w głąb. Piękny, stary budynek z fenomenalnym widokiem z okien – lazurowa woda i jaskinie. Można się zakochać! W ogóle mamy wrażenie, że najbardziej lazurowa woda na świecie jest właśnie w BiH 🙂! Po małym spacerku wróciliśmy na śniadanie już w komplecie 🙂. Niestety jedzenie to też musiała być szybka akcja – przed nami dojazd i zwiedzanie Sarajewa oraz dojazd do Belgradu. Pierwszą część dojazdu wypełniały nam opowieści i powroty pamięcią do informacji o wojnie ’92-’95… Za punkt honoru postawiliśmy sobie tym razem odnalezienie ‚róż’ na chodnikach. Udało się. Brak wakacyjnego tłumu pomógł niesamowicie. Nie wiem czy też tak macie, ale my jak wracamy w to samo miejsce poza sezonem, to jakbyśmy byli pierwszy raz! Więcej widzisz, więcej chłoniesz, więcej chcesz… Sarajewo po raz kolejny nas wciągnęło. Na początek pojechaliśmy do Tunnel of Life. Na nas zrobiło to takie wrażenie, że wyślemy tam każdego, kto będzie w Sarajewie! Zrobiliśmy podział – Rodzice poszli zwiedzać (to nie jest dobre słowo tutaj, ale nie mam zamiennika, wybaczcie), a my zrobiliśmy sobie camperowisko 😃! Rozłożyliśmy (w końcu!) namiot w Sypialnym, otworzyliśmy okienko i poczuliśmy się jak ‚u siebie’ 🙂! Rafał dosypiał, a ja nie byłam aż tak zmęczona, więc zrobiłam sobie warsztaty winiarskie 😛. Za okienkiem był bardzo wciągający widok – pasące się owce, a za nimi… lotnisko! Jeszcze nie zdarzyło nam się widzieć takiego kontrastu 🙂. Chyba nie muszę pisać, że przy takich dźwiękach (bek owiec i start samolotów) drzemka była mało efektywna 😛. Bośnię dopadł też niesamowity upał, przypomnieliśmy sobie co to znaczy brak klimki w samochodzie 🙂. Czas nas dalej poganiał i był nieubłagany. Zaczęliśmy od regeneracji toną arbuzów i poszliśmy na starówkę – trochę Turcji, trochę ‚Europy’, pomieszanie kultur. Rafał i Tata zakochani w burkach zjedli po jednym, bo to pewnie ostatnie na trasie… Upał był męczący, a i my odchorowywaliśmy poprzedni dojazd, więc po krótkim, ale owocnym spacerze usiedliśmy w ogródku znanej nam już jedzeniowni i łapaliśmy oddech! Zanim zdążyliśmy się zregenerować już siedzieliśmy w busie, żeby w miarę humanitarnie dojechać do Belgradu. W sumie się udało – prawie, po pierwsze znowu złapaliśmy mandat (sic!), a po drugie 2 w nocy to znowu nie taka humanitarna godzina 😛. Ale zanim się solidnie położyliśmy, to… odebraliśmy klucze do mieszkania w samym centrum miasta (polecamy Wam Airbnb, ale pamiętajcie, że zdjęcia a rzeczywistość, to czasem inna sprawa :p) i pojechaliśmy z właścicielem pod garaż miejski za bagatela – 90€…! Na szczęście Sypialny jest za wysoki 🙂. Belgrad ma 3 strefy parkingowe – na każdej z nich można stać za darmo przez określony czas w określonym przedziale godzin. Nie bardzo nam pasowało wstawanie o 7 i przestawianie, więc kolejny raz zaufaliśmy wyborowi z poprzedniego wyjazdu i stanęliśmy na jednym z pięciu miejsc parkingowych idealnie pomiędzy dwiema strefami płatnego parkowania 🙂!

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *