• Until the next expedition…

    Home » Belgrad » Dzień 15 i 16 – ostatnie, ale nie bez przygód

    Dzień 15 i 16 – ostatnie, ale nie bez przygód

    Okładka (Kopiowanie)

    28, 29.05.2016

    Wstaliśmy nawet po ludzku 🙂 Plan był już całkiem napięty, bo trzeba było dojechać do Szentendre w miarę normalnie żeby nie padać na pysk wracając do Warszawy. Zatem – zaczęliśmy od tego, że pierwszy raz od początku wyjazdu był upał 🙂! I to był problem… bo którą sukienkę się ubrać skoro żadna nie była wykorzystana?! Żart. Ale upał był niemożliwy. Dlatego zwiedzanie polegało na chodzeniu od mrożonej kawy, do mrożonej kawy 🙂. Całkiem nam się to udało, bo każdy był zadowolony. Zaliczyliśmy główny deptak i zamek (nie do końca, bo był jakiś festyn na całym terenie i trzeba było płacić krocie za wejście!). Sprytnie więc poszliśmy z drugiej strony, żeby zobaczyć połączenie Sawy i Dunaju. I to był jedyny minus ominięcia zamku… Nie udało się tego zobaczyć. Rodzice musieli obejść się smakiem 😕. Po kolejnej mrożonej kawie, dowlekliśmy się do auta (które ciągle stało pomiędzy strefami płatnego parkowania) i ruszyliśmy w stronę Nowego Sadu zachwycić się osławioną starówką 🙂. Prawda, zachwyca! Byliśmy popołudniem, więc i ludzi było mało, co dodawało uroku wszystkim zakątkom i budynkom. Tak sobie myślimy, że ten ostatni dzień to takie leniwe poznawanie nowych miejsc, już się czuje zmęczenie fizyczne i ból psychiczny powrotu, człowiek chciałby zjeść i spać 🙂. Pierwsze wykonaliśmy wzorowo – jedzenie kosmiczne (chyba nie muszę mówić, że pizza :p). Swojskie mięso i swojska pizza, regionalne piwo i wino. Wszystko dobre. Na wynos udało się upolować wino 🙂 i dobry humor, żeby przetrwać miliony kilometrów do Szentendre. Po dłuuuuugiej drodze i dojechaniu w środku nocy – oczywiście umówionym środku nocy z właścicielem hotelu. Wtem! Wybiega zaspany jegomość w kapciuszkach i satynowym szlafroczku krzycząc, że on ma tylko jedno miejsce i żebyśmy spadali. Dyskusja przeszła wiele etapów emocji… Skończyło się na nieprzyjemnym pożegnaniu. Pan ni w ząb innego języka niż ojczysty! A na widok maila, w którym ustaliliśmy taki przyjazd powiedział, że on nie pisał żadnego maila… Uznaliśmy, że szkoda czasu, bo dochodziła 1 w nocy. Byliśmy w turystycznej miejscowości, coś złapiemy. Nic bardziej mylnego! Mieli akurat długi weekend i wszystko było zajęte… Ruszyliśmy do Budapesztu oddalonego o 20km. I wiecie co? To samo!! Wszystko full… Dopiero koło 3 – 4 jak minął czas trzymania rezerwacji w hotelach udało się złapać łóżka… Byliśmy wykończeni, chyba głownie Panem w szlafroczku! Następnego dnia rano zaczęliśmy od telefonu do Expedii, żeby poinformować o wydarzeniu. Podobnie jak Airbnb zwrócili opłatę i dali dodatkowy fundusz na nowy nocleg 🙂. Happy end. A kolejny ‘happy’ end był coraz bliżej i bliżej… Złapały nas korki na granicy, złapał nas warszawski smutas. Też tak macie, że jak tylko wyjazd się kończy, to od razu walą problemy ze zdwojoną siłą? My zawsze… No nic, zagłuszyliśmy smutek pysznym polskim obiadem i rozleniwieni ruszyliśmy dalej, do domu, kolejny raz stwierdzając, że Bałkany to kraina marzeń. Jeszcze do Was wrócimy!

    Leave a Reply

    Your email address will not be published. Required fields are marked *